Glennon Doyle - Nieposkromiona
Długo nas tu nie było, ale spokojnie, wracamy :)
Książkę, którą dzisiaj opiszę, trudno jest jednoznacznie sklasyfikować. Z punktu widzenia samego tekstu jest to dość porywająca opowieść na temat zmiany w życiu, oporu i doświadczeń autorki. Przeczytałem ją już jakiś czas temu, ale nie mogłem zdecydować w jaki sposób chcę ją opisać i wyrazić swoje odczucia na jej temat.
Z technicznej strony tekst jest bardzo przystępny, nie ma tu za dużo wyszukanych figur retorycznych, ale ta prostota ma swoją siłę. Wewnątrz znajdziemy mnóstwo krótkich rozdziałów o niezbyt systematycznych tytułach, co ma chyba pomóc w zanurzeniu się w historię. Jest to udany zabieg, nie miałem większych trudności z czytaniem, a całość zajęła nie dłużej niż dwa dni.
Jeśli chodzi o autorkę, to zwykle staram się tutaj przedstawić sylwetkę twórcy, żeby lepiej zrozumieć utwór, z którym się spotykam. Tutaj jednak tego nie zrobię, ponieważ o autorce więcej mówi sama historia zawarta w książce, niż opisy tytułów, nagród czy życiowych osiągnięć. W tym wypadku jest to moim zdaniem zbędne, gdyż przekaz ma tutaj charakter międzyludzki, uniwersalny, dlatego też nie chciałbym zaciemniać nim samej historii.
Opowieść Glennon zaczyna się w momencie oświadczyn, które otrzymuje od swojej dziewczyny, Abbie, w domu, w którym mieszkają razem z trojgiem dzieci z poprzedniego małżeństwa autorki. Na pierwszy rzut oka może to wydawać się sielskim obrazkiem, jednak ja już w tym momencie wyczuwam spaleniznę zgliszczy ciągu wydarzeń, które doprowadziły do tego momentu. I rzeczywiście, parę rozdziałów dalej dowiaduję się, że jej życie było wyprane z emocji przez konwenanse, religię chrześcijańską i zdradzającego ją wielokrotnie męża. Co gorsza, wydaje się, że tę sytuację akceptowali jej najbliżsi i zrezygnowali z walki o osobę, którą była, w imię “religii świętego spokoju”. W miarę zagłębiania się w historię dowiaduję się o jej szczegółach, których nie zamierzam tutaj opisywać w celu uniknięcia spoilerów. Zagłębiam się w świat doznań i wydaje mi się, że widzę owymi transhumanistycznymi oczami osobę, która kryje się za tekstem: przerażoną, jak nastolatka zagubiona w kolorowej dżungli, która powoli zdaje sobie sprawę, że musi wytyczyć własne ścieżki, a jedynym przewodnikiem są emocje i kompas moralny. Któż z nas nie był w takiej sytuacji? Kto z nas nie odetchnął z ulgą znajdując drogę do domu? A ilu z nas w miarę upływu lat doszło do wniosku, że dotychczas znany dom nie odpowiada już rzeczywistości i wymaga pewnych gruntownych zmian? No właśnie. To taka historia - z zapierającymi dech w piersiach wrażeniami barw, dźwięków i emocji, ale na głębszym poziomie szczera opowieść na temat życia, ludzi, codzienności. Czasami wręcz za bardzo, jak Amerykanie mają w zwyczaju, łamie pewne stereotypy, ale nie zniechęciło mnie to do eksploracji całości. Uważam, że ta książka jest szczególnie wartościowa dla osób, które przeżywają lub przeżyły okres bolesnych decyzji, które kształtują dorosłość emocjonalną człowieka; wywierają wpływ, jak niewidoczne pole magnetyczne. Wiele do odkrycia!
Nie zamierzam udawać, że w całej tej feerii doznań i wielu szczerych chwil nie znalazłem momentów trudnych, które mogą wpływać na odbiór historii. Przede wszystkim radykalne odwrócenie się bohaterki od wszystkich wartości, które wyznawała do tej pory, na rzecz homoseksualnego związku, obecnie wydaje się kliszowe. Wydaje się, bo po przeczytaniu całości to wrażenie znika. Natomiast większym problemem wydaje mi się sposób przedstawiania świata przez autorkę. Nie neguję, że po większych zmianach w życiu człowiek czuje się, jakby na nowo zaczął czuć, myśleć, żyć. To piękna chwila. Ale właśnie, chwila. Należę do grupy ludzi, która nie znajdują wiele wspólnego z osobami, które są tak głęboko zanurzone we własne ja oraz emocje, że uwidacznia się to na każdym kroku. W tej historii na każdym kroku czuć ciężar przeżyć świata wewnętrznego głównej bohaterki, który, mimo lekkości książki, sprawiał, że było to wręcz przytłaczające. Szczególnie nie podobało mi się potraktowanie tematu mniejszości etnicznych oraz uchodźców w Stanach Zjednoczonych. Wydaje mi się, że gdyby osoby takie jak Glennon były decyzyjne na wyższych szczeblach administracyjnych i krajowych, to szybko rozdysponowałyby wszystkie zasoby, jakimi dysponuje państwo, na rzecz ogólnego dobrostanu ludzkości bez patrzenia na szerszą perspektywę. Jest w tym jakiś rodzaj naiwnego komunizmu, który wciąż dobrze funkcjonuje w internecie i pewnie w głowach wielu ludzi. Nie pochwalam, ale trochę psuje to moje odczucia względem pozycji. Ale to tylko moje odczucia, nie jest powiedziane przecież, że to interpretacja uniwersalna.
Jeśli masz trudniejszy moment, stoisz przed ważnymi decyzjami lub po prostu coś takiego przeżyłeś, to jestem pewien, że pozycja Ci się spodoba. Szczegóły fabularne pozwolą zidentyfikować się z Glennon większości czytelników. Moja ocena, którą zostawiam głównie ze względu na to, jak uniwersalne przesłanie niesie ta pozycja, to 9/10. Bardzo polecam.
W.

Komentarze
Prześlij komentarz