MAŁA KSIĘŻNICZKA - Frances Hodgson Burnett
Dzień dobry, dobry wieczór!
Witamy po miesięcznej przerwie, w której, mam nadzieję, udało się nadrobić choć część z proponowanych przez nas pozycji. Wszak tylko w kwietniu udało nam się zaprezentować ich aż 5 – mam nadzieję, że lektura była owocna i przyjemna, a jeżeli żadna z dotychczas opisanych sylwetek nie przypadło Wam do gustu, cały na biało przychodzi czerwiec i prezentuje kolejne książki, które nas ukształtowały 😊
W moim ostatnim poście pisałam o szkole dla chłopców, czas, aby oddać teraz głos dziewczętom. Tak więc przenosimy się do Anglii na początku dwudziestego wieku. W zimny i, zaiste, stereotypowo ponury zimowy dzień poznajemy małą, siedmioletnią Sarę i jej ojca. Co możemy od razu stwierdzić, to że Sara jest po prostu… dziwna. Bo jak to inaczej określić? Można użyć też słowa specyficzna, ale raczej wszyscy wiemy o co chodzi. Sara nie ma w sobie nic z typowego dziecka w jej wieku, oprócz – co z czasem stanie się jej znakiem rozpoznawczym – olbrzymiej wyobraźni. I kiedy mówię olbrzymiej, mam na myśli naprawdę olbrzymią. Z idącą za nią niezwykłą siłą woli. Można się o tym przekonać już podczas pierwszych stron książki, choćby czytając o tym, jak Sara wybiera sobie lalkę, która miała być prezentem pożegnalnym od taty.
Wraz z Sarą i jej ojcem przemierzamy ulice Londynu w kierunku szkoły dla dziewcząt panny Minchin. Jak się już wkrótce ma okazać, wyżej wymieniona właścicielka i dyrektorka szkoły jest wyrachowaną, pozbawioną instynktu rodzicielskiego i umiejętności dydaktycznych kobietą, której jedyny cel w życiu to zarobić jak najwięcej i utrzymać wypracowaną z trudem renomę wśród sąsiadów. Dlatego przecież organizuje coniedzielne spacery do kościoła w formie parady dziewcząt w najlepszych sukienkach, poustawianych tak, by już z daleka było widać blichtr i przepych co bogatszych rodzin uczennic. Ta fasadowość bije od niej na każdym kroku, nie powinno zatem nikogo dziwić, że nasza główna bohaterka nie polubiła swojej opiekunki od pierwszego spotkania. Jednak, pieniądze przecież czynią cuda! Potrafią nawet w tak zimnej i antypatycznej osobie jak panna Minchin wzbudzić udawany entuzjazm i sympatię dla pieniędzy… znaczy córki nowego klienta jej szkoły.
Można by przypuszczać że Sara, przyszła dziedziczka fortuny, córka tak kochającego i zapatrzonego w nią ojca, będzie dzieckiem niezwykle rozpuszczonym i nieznośnym. Cytując klasyka: nic bardziej mylnego! Jest to spokojne, grzeczne, poukładane dziecko, którego największą pasją jest czytanie książek i wymyślanie opowiadań, a największym przewinieniem chyba tylko odpływanie myślami w swój własny świat. O tak, własny świat Sary. Mój Boże, co tam się dzieje! Jako że wychowana w Indiach wśród służby i wysoko urodzonych ludzi, Sara orientuje się w realiach życia na wysokim poziomie, pełnego zaszczytów przysługujących tylko z tytułu urodzenia. Dlatego z taką łatwością udaje jej się zaczarować swoje opowiadania, które przez poprzednie doświadczenia i tysiące książek brzmią jakby żywcem wyjęte z prawdziwej, cudownej krainy, a Sara ich nie wymyślała, lecz relacjonowała po prostu to, co udało jej się zobaczyć czy nawet przeżyć. Szybko zaskarbia sobie sympatię i wręcz uwielbienie prawie całej szkoły – doskonale się uczy, zawsze jest uprzejma i miła dla innych, niezależnie od jego poziomu inteligencji czy emocji. Sama rzadko im ulega, starając zawsze się zachować jak księżniczka. Wkrótce też większość dziewcząt ją tak nazywa – księżniczka Sara.
W tej sielskiej atmosferze mijają cztery lata. Co bardziej złośliwi stwierdzą, że w Anglii jest wszystko dokładnie na odwrót niż w USA – tam przepych, bogactwo, od pucybuta do milionera, szczęście, nowa nadzieja, nowy ląd, a tutaj – stara, dobra lub nie, sztywna i czasem wręcz pretensjonalna Wielka Brytania, ze swoją monarchią, zasadami, 5 o’clockiem i powściągliwością. Anglia czy nie, w jedenaste urodziny naszej księżniczki panna Minchin otrzymuje druzgocącą dla niej wiadomość – kapitan Crewe nie żyje, co więcej, kapitan nie tylko jest martwy, ale też kompletnie spłukany. I tak oto ziścił się odwrócony amerykański sen Sary – od dziedziczki milionów stała się żebraczką.
Pamiętacie w jakich superlatywach opisałam właścicielkę tegoż przybytku? Cóż, pieniądze zniknęły, zniknęła też udawana dobroć i bycie miłym. Kojarzycie fasadowość i dbanie o pozory? Tylko dlatego Sara nie trafia na ulicę. No bo jakby to wyglądało – Panna Minchin okazałaby się bezduszną kobietą, wyrzucając dziecko bez grosza przy duszy i krewnych w żadnym z zakątków świata na ulicę! Dlatego też nasza księżniczka staje się pomywaczką. Przez swoje umiłowanie nauki nadzwyczaj świetne wyniki mogłaby być nauczycielką, ale jedenaście lat to nawet na pannę Minchin za mało, by pozwolić jej nauczać. Tutaj pokazuje się też prawdziwy charakter samej Sary – przyszło jej zamieszkać już nie w prywatnym pokoiku z pokojówką, kucykiem, mnóstwem zabawek i powozem, ale na zaniedbanym poddaszu bez ogrzewania, materaca, kołdry czy nawet odpowiedniej na jej rozmiar sukienki. Mimo to duch Sary się nie łamie. Jakby ktoś mnie zapytał o zdanie to mam wrażenie, że to dziecko miało jakieś spektrum Aspergera, autyzmu czy innej socjopatii, bo nieodczuwanie emocji w tym wieku, szczególnie w tych okolicznościach jest co najmniej nienormalne. No ale to był początek XX wieku, niewielu wtedy o tym słyszało.
Wydawać by się mogło, że to już będzie na zawsze Sara-żebraczka. Jednak, co to za książka z tak smutnym zakończeniem? Zdradzę tylko, że po 2 czy 3 latach do kamienicy naprzeciwko wprowadza się Pan z Indii, który szuka małej dziewczynki, córki swojego nieszczęśliwie zmarłego przyjaciela.
Przyznam szczerze, że czytałam ją w podstawówce średnio raz na kwartał starając za każdym razem nauczyć czegoś od opanowanej, trochę dziwnej, ale w gruncie rzeczy pogodnej Sary. Sama często uciekałam w świat fantazji, to już odhaczone, ale jeszcze pozostała kwestia bycia księżniczką – zawsze chciałam nią być! I nie, nie chodziło mi o pałace i służbę, chodziło właśnie o to opanowanie, wspaniałomyślność i godność. Kto mnie zna bliżej ten wie, że absolutnie mi to nie wyszło, nie czarujmy się, ale mimo to zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam tę postawę Sary i czasem – niezwykle rzadko, ale przecież liczy się fakt – udawało mi się przystanąć i postąpić jak księżniczka. Tak samo miałam z podejściem do zabawek. Bo wiecie, Sara twierdziła, że lalki tak naprawdę żyją, ale nam tego nie pokazują. Na początku w to nie wierzyłam za bardzo, choć gdzieś z tyłu głowy, zaraz obok księżniczkowania, ta myśl się tliła, ale potem przyszło Toy Story i choć teraz czas zabawek mam dawno za sobą, to nadal swojego wielkiego miśka traktuję zazwyczaj tak, jakby miał uczucia i mógł mnie czasem zrozumieć. Tak, wiem, pokręcone, ale to chyba wciąż ten pierwiastek dziecka, który się we mnie tli, a że nigdy nie potrafiłam dorównać do linii, to i moje przemyślenia nie są do końca normalne. No i kto mi zabroni? 😉 Czasami wracam myślami do Sary i jej przygód, aby jeszcze raz spojrzeć na świat oczami małej dziewczynki – małej Kasi, przypomnieć sobie jak to jest. Mam wrażenie, że to właśnie wtedy zaczyna się magia. Tak rozczulamy się na tym, jak zupełnie inne podejście mają do świata dzieci – a co, jeżeli powiem Ci, że nie potrzebujesz koniecznie dziecka, by samemu spojrzeć na świat z jego perspektywy? Wystarczy tylko, że sobie na to pozwolisz. Niech magia małej dziewczynki czy chłopca, która jest w Tobie, zrobi całą resztę.
Udało się, że na portalu wolnelektury.pl jest cały tekst w formacie pdf – link Wam wklejam poniżej, tak więc nie musicie nawet szukać. Miłej lektury, dzieciaczki! 😉
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/mala-ksiezniczka.html

Komentarze
Prześlij komentarz