STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW – Nancy H. Kleinbaum
Rok 1959,
jesień. Jesteśmy w dobrze nam znanej z innych tekstów kultury szkoły z
ogromnymi tradycjami, której motto to Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość.
Brr. Na samą myśl dostaję drgawek. Zaczyna się rok szkolny, a lekcję języka
angielskiego zaczyna prowadzić nowy nauczyciel – nie stary profesor z brodą po
pas, milionem tytułów przed nazwiskiem i mottem szkoły wypisanym na twarzy, ale
absolwent tej jakże szlachetnej placówki, stosunkowo młody – zaledwie w tak
zwanym kwiecie wieku – John Keating. Szkoła ta to Akademia Weltona – kimkolwiek
jest Welton, bo, szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, a wujek Google
niewiele ma do powiedzenia w tym temacie. Keating dobrze zna realia Weltona – szkoła
ta jest prostym i wyraźnym obrazem bezdusznego systemu edukacji.
Keating jest
dziwny od samego początku. Nie wymusza szacunku, nie zadaje miliona zadań domowych,
nie zadręcza nudnymi wykładami, nie każe czytać podręcznika w ramach lekcji,
czy poza nią. Co więcej – odważa się podważać słowa wielkich autorów
podręcznika do języka angielskiego, ba, śmie im zaprzeczać i – o zgrozo – wyśmiewać!
Czytelnik od razu widzi, że jest to nauczyciel z powołania, który rzeczywiście
pragnie wypełnić misję szkoły, która przyświeca obecnie: zobowiązuje
nauczycieli do wychowania swoich podopiecznych, nauczenia ich nie tylko podstaw
przedmiotu, ale przede wszystkim w jaki sposób rozbudzać i zaspokajać w sobie
głód wiedzy oraz samodzielnie myśleć. Tak, ja wiem, jest to trochę utopijne,
patrząc teraz na większość nauczycieli można odnieść zupełnie inne zdanie, ale
błagam, nie bądźmy małostkowi 😉 Keating stara się pokazać piękno poezji,
sztuki, mówi o tej wrażliwej stronie człowieka, którą każdy – w mniejszym, czy
większym stopniu – w sobie skrywa. Wszystkiemu zdaje się przyświecać zasada
Carpe Diem – chwytaj dzień. Oczywiście, wiadomym jest, że nie każdy, kto marzy
o aktorstwie, malarstwie czy pisarstwie
odniesie spektakularny sukces, ale mimo wszelkich przeciwieństw warto podążać
za marzeniami i iść po swoje. Realizować siebie i swoje pasje. marzyć i mieć
odwagę po te marzenia sięgać. Nawet jeżeli miałoby to być tylko hobby – nadal warto.
Oj, jak bardzo. Oczywiście, każdy z nas potrzebuje być akceptowanym. Jednak ważna
jest każda ta cząstka w was, która sprawia, ze jesteście niepowtarzalni, że
wyróżniacie się z tłumu. Należy jednak pamiętać, że nikt nie jest wyjątkowy do
momentu, w którym udowodni, że jednak wyjątkowy jest.
Zainspirowani
przez nowego nauczyciela chłopcy (czy wspomniałam, że ta akademia jest szkołą
wyłącznie dla chłopców? Nie? To teraz mówię) postanawiają odtworzyć tytułowe
Stowarzyszenie Umarłych Poetów Jest to sekretna grupa, w której odkrywa się piękno
zapomnianych utworów, a także prawo do marzeń, wolności i buntu. Czytając o
tych spotkaniach człowiek marzy o tym, by znów oddać się poezji, uczuciom
wyższym. Tym pięknym obrazom zamkniętym w słowach człowieka, który – choć żył
tak dawno i daleko, zdaje się być w naszej głowie i za nas formować zdania, które
odzwierciedlają nasze najskrytsze myśli, uczucia i pragnienia. Sprawia, ze
pragniesz wrócić do czasów szkolnych i czytać poezję, jeszcze raz, ale tym
razem z tym umysłem, który masz teraz – chłonnym, otwartym na piękno,
spragnionym pokarmu intelektualnego i wzniesienia się na wyżyny swojej
wrażliwości, tych najdelikatniejszych i najcieńszych strun wewnątrz ciebie. Z
tego co wiem, jest to teraz lekturą w chyba siódmej klasie szkoły podstawowej.
Jaka szkoda. Niestety, najczęściej to, że dana książka jest lekturą szkolną
sprawia, że zabija się wszelką wartość tego, co się czyta. A przecież utwór ten
niesie ze sobą tyle wartości! Jest nawet przepis na to, jak napisać wypracowanie o każdej lekturze znając tylko jej streszczenie z okładki. Ale prawdopodobieństwo, że taki siódmoklasista już nigdy
w życiu nie wróci do tego tekstu, bo będzie miał traumę po szkole, jest zatrważająco
wysokie.
Wracając do
głównych bohaterów, zasada Carpe diem zaczyna rządzić ich własnym życiem, przez
co, czy raczej dzięki czemu, zrywają z podwładną rolą potulnych dzieci swoich
rodziców, spełniających ich – rodziców – ambicje aby zostać lekarzem,
prawnikiem czy bankierem. Zaczynają realizować swoje marzenia, pragnienia. Jeden
z głównych bohaterów, Neil, zakochuje się w teatrze i pragnie zostać aktorem.
Pomimo stanowczego zakazu ze strony ojca (bo jakże inaczej) występuje w szkolnym
przedstawieniu sztuki Sen nocy letniej. Gdy rodziciel dowiaduje się o
tym, zamierza przepisać syna do Akademii Wojskowej. Neil jednak się z tym nie
zgadza – nie po tym, jak odkrył swoją pasję, coś, w czym jest naprawdę dobry i
co porusza go do głębi. Nie, na tym etapie nie da rady wrócić do realizacji
marzeń jego ojca. Ten zaś twierdzi, tak jak i dyrektor akademii, że chłopcy w
wieku Neila i jego kolegów nie mają prawa do własnego zdania. Dlatego też Neil
decyduje się na drastyczny krok, aby zachować swoją artystyczną tożsamość. W
efekcie tego Keating zostaje zwolniony ze szkoły. Już wcześniej były plany, aby
go zwolnić, wszak miał czelność uczyć młodzież samodzielnego myślenia, ale to
przepełniło czarę goryczy. Jednak jedna rzecz mu się udała – ci chłopcy już
nigdy nie będą tacy sami. Nie będą wiedli życia pozbawionego piękna, bo wiedzą,
że mają możliwość, by wybrać własną drogę i żyć w zgodzie ze sobą.
Część z Was
może kojarzyć film o tym samym tytule. Cóż, nie bez przyczyny, ponieważ książka
ta powstała na podstawie filmu – tak, książka na podstawie filmu, nie film na
podstawie książki. Nie znam wielu takich przypadków, więc myślę, że warto o tym
wspomnieć. Jeżeli chodzi o film – Keatinga gra tam nieodżałowany Robin Williams
i robi to jak zwykle, spektakularnie. Na co chciałam zwrócić uwagę to ostatnia
scena – O kapitanie mój, kapitanie! Przeczytajcie książkę, obejrzyjcie film,
gwarantuję, że nawet największym twardzielom zakręci się łezka w oku. Myślę
też, że film jest idealnym uzupełnieniem książki, jak i książka filmu.
Stowarzyszenie
umarłych poetów to opowieść o dorastaniu, o pięknie sztuki, poezji, o jej nieodłączności
w naszym życiu, o tej niezwykłej potrzebie piękna, która zawsze się w nas tli,
o tym, jak ważne jest zachowanie swojej tożsamości, pozostanie indywidualnym i
niepowtarzalnym, wyjątkowym w tym, co się najbardziej kocha. Nie mogę Was zmusić
do zapoznania się z nią, a szkoda, ale naprawdę, polecam jak mało co. To książka z gatunku tych, w których czytając ostatnie zdanie patrzycie z zaskoczeniem na zegarek, który pokazuje, jak niewiele czasu zostało do chwili, kiedy budzik zacznie siać terror w waszych sennych marzeniach. I
przyświecając cytatowi z tej pozycji „by wychować ateistę
wystarczy mu dawać surowe lekcje religii”, nie będę namawiać dalej,
pozostając w nadziei, że sam ten mój opis skłoni choć jedną osobę do lektury.
Mam nadzieję, że jeżeli taka osoba się znajdzie, to podzieli się ze mną
wrażeniami – jestem ich bardzo ciekawa!
Do przeczytania wkrótce 😉
K.

Komentarze
Prześlij komentarz